Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 967 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


"Czipowanie", kremowanie i śmietana...

środa, 29 grudnia 2010 10:09

Jestem klasycznym przykładem dinozaura. Nie jestem zachwycona tempem rozwoju techniki, cywilizacji, komputeryzacji i innych -zacji. Cały ten pożal się Boże postęp jest odwrotnie proporcjonalny do edukacji społecznej. Że niby im bardziej do przodu, tym bardziej my do przodu? Stop... Nie... To klasyczna odwrotność proporcjonalna. Tech do przodu a my wbrew pozorom cofamy się w rozwoju. Pracują za nas maszyny, myślą za nas maszyny, maszyny na każdym kroku towarzyszą nam przy codziennych czynnościach. Prześcigamy się, żeby kolejne wynalazki były jeszcze bardziej naj. Najszybsze, najmądrzejsze, najlepsze, najnowocześniejsze, najpraktyczniejsze, najwygodniejsze. Niedługo będą nam wszczepiać sztuczne mózgi, żeby nasze się za bardzo nie przepracowywały.


        A to wszystko dla naszego dobra. Ja dziękuję za taki nadmiar szczęścia. Od razu na myśl mi przychodzi pewna kreskówka "Jetsonowie". Kiedyś sobie myślałam, jak oni mają fajnie. Życie jak w Madrycie. Komfort, pełna mechanizacja. Przecież oni nawet chodzić nie muszą, bo w każym mieszkaniu ruchome chodniki. George pracuje 3 dni w tygodniu po 4 godziny, jeśli dobrze pamiętam. Dzień roboczy spędza na przyciskaniu jednego guziczka. Jane do sprzątnięcia całego domostwa musi nacisnąć kilka guzików, które uruchamiają całą armię robotów. Gazety na dyskach trójwymiarowych, żeby oczu nie trzeba było wysilać czytaniem, jedzenie wyskauje samo na talerze a w zachmurzone dni dozorca Henry naciska magiczny pstryczek i cały budynek unosi się ponad chmury do słoneczka. Judy na dyskoteki lata na Venus a Elroy jest "Kosmicznym chłopcem z gwiazd" i młodym wynalazcą. Zastanawiam się do czego im jeszcze ten robot Rosie, bo ich całe życie to jeden wielki robot.


       Czy my też dążymy do takiego życia? Mam wrażenie, że wspinamy się na wyżyny dobrodziejstwa elektronicznego, żeby z wielkim hukiem zlecieć w dół i poobijać sobie pupy. Mózg stał się organem wręcz drugoplanowym. Ważniejsza jest ręka, bo w klawisze stuka i SMS-y pisze, oczy, bo gapią się w monitor... Nie jestem tak do końca przeciw. Sama korzystam. Mam zmywarkę (ani razu jej nie uruchomiłam), mam samochód (wolę metro), mam telefon (2 SMSy na miesiąc), mam komputer z Internetem. Lubię udogodnienia. Chwała postępowi za Skype i VOIP, za samoloty (świat wydaje się mniejszy), za telefony komórkowe, za postęp w medycynie, DVD, Laptopy i wiele innych gadgetów bez których faktycznie byłoby ciężko. Ale z umiarem i odrobiną dystansu. Bo gdzie te listy na pożółkłych kartkach papieru, które potem się przechowuje przewiązane wstążką? Gdzie te spotkania rodzinne przy pianinach, rozmowy przy stole, przy domowym obiedzie (nie z mikrofalówki), gdzie te pieczenie ciast i ucieranie maku na Święta? Niedzielne spacery, ogniska, wypady rowerowe z przyjaciółmi?


       Nie tylko mózg już staje się przeżytkiem. W zapomnienie idą też mięśnie. Do sklepu 200 metrów inaczej się nie da niż samochodem, na spacer samochodem, do kościoła samochodem. Rowery rdzewieją w piwnicy, rolki dawno na śmietniku. Kto dziś rozmawia twarzą w twarz, kto sporty uprawia? Staliśmy się leniwym, zastałym, ograniczonym społeczeństwem z fałdkami, brzuszkami piwnymi. Weekendy na kanapie, Święta na Skype z rodziną, ze sportów uprawiamy tylko trójboje nowoczesne: Kto dłużej na kanapie, kto więcej wypije i kto wychoduje ładniejszy tłuszczyk. Smutne. Z reguły nam się nie chce. Zanika chęć korzystania z życia, inwencji, organizowania rozrywek. Powiem więcej - nie chce nam się nawet nie chcieć. Bo gdyby nam się tak chciało jak nam się nie chce - to ohoho...  A my co? Wygodnisie, smutasy, leniwce, misie-pesymisie. Nasze motto to: Ehhh.. po co i tak nic z tego nie wyjdzie. Słomiany zapał - tylko tyle zostało.


       Ale czemu się dziwić. Nie od dzisiaj wiadomo, że większość wynalazków zawsze przeciwko nam się obraca. W dobie, kiedy można śmietanę zamówić przez internet, sex uprawiać przez telefon, uczestniczyć we mszy przez SMS, a nawet się wyspowiadać i rozgrzeszenie dostać za jedyne 10 PLN + VAT (No chyba, że od samego Ojca Dyrektora, to pewnie będzię 20 PLN + VAT). A może za 40 lat jak już będę staruszką i czekać będę na nieunikniony koniec, zamówię sobie internetowy pogrzeb? Umrę, teleportują mnie, skremują i rodzina dostanie gotową urnę. Szybko, łatwo bez ruszania się z domu...

F5 + Enter = Teleportuj;
F5 + Backspace = Kremuj,
F5 + Home = Przyślij urnę do domu.

Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł wybrania F5 + Delete = Skasuj z pamięci bliskich.

 

P.S. (z kropkami ;) ) Będziemy mieli "zaczipowane" dowody... też faaaaaaaajnie.... Dobrze, że jeszcze nikt nie podjął rozmów o "czipowaniu" nas... Najlepiej w .... tę część co się papierem podciera....

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Ścigajmy się... czyli dorabianie teorii do własnego widzimisię...

wtorek, 28 grudnia 2010 10:16

 

Albo to ja jestem jakaś nienormalna, albo ludzi faktycznie fiksują. Od dłuższego czasu mówi się w mediach szeroko pojętych o pewnej Pani z USA, Donnie Simpson, która postanowiła sobie, że zostanie najgrubszą kobietą na świecie.



Trochę jej jeszcze brakuje, bo ważąc obecnie 290 (bagatela) kg, chce "dobić" do.... 570 kg... Tak. O ile dobrze liczę, to jakieś 300 niespełna, czyli jeszcze raz tyle. Otyłość otyłością... Ale dorabienie do niej folozofii trochę mi zakrawa na chorobę psychiczną.

Może to trochę tak, że "nie daję rady schudnąć, zaszło to już tak daleko, że zmieniamy front o 180 stopni i idę w drugą stronę". Dorobienie filozofii do danej sytuacji? Czemu nie. Aby schudnąć trzeba wszak sie ograniczać, a w przypadku tej Pani, która pochłania 12 tysięcy kalorii dziennie, wręcz głodować. A tak - hulaj dusza - piekła nie ma. I w ten sposób Donna sobie pofolgowała na święta i wsunęła paszczą 30 tysięcy kalorii. Dla tych, co pojąć tego nie mogą "dorozumnie" - to jakieś 22 kg indyka, 13 kg szynki, 7 kg ziemniaków i około 5 kg warzyw (groszek, marchewka, kukurydza)... Dokładając do tego  do tego sosy, sałatę i deserek - mamy małe co nie co...

Pani ta ma swoją stronę internetową, a ci którzy chcą koniecznie zaspokoić instynkt podglądacza i zobaczyć Donnę w akcji - muszą zapłacić. Zebrane pieniądze idą oczywiście na... jedzenie... No cóż. Wszystkim, którzy przyczyniają się do zabijania tej Pani - gratuluję pazernego gapiostwa - nie ma to jak pośmiać się z chorej kobiety. A tej Pani... zdrówka życzę, mimo wszystko.


http://weeklyworldnews.com/headlines/16487/donna-simpson/

 

P.S. Swoją drogą - zrzucić 210 czy przytyć 300? Oto jest pytanie. Ah te dylematy życiowe.

P.S. II Może wkrótce przeczytamy o kimś, kto zachorował na raka i nie mogąc wyzdrowieć zrobi sobie wyścig i zechce zostać kimś, kto najszybciej zszedł na tę chorobę? Może jakiś chory na raka płuc będzie umieszczał filmiki na własnej stronie jak wypala 5 paczek dziennie? Za oglądanie oczywiście trzeba będzie zapłacić a kasa przeznaczona będzie na kolejne paczki fajek... Jak umierać to z przytupem...

P.S. III Przepraszam za P.S. II i niesmaczny komentarz, ale głupota ludzka wywołuje czasem takie durnowate mysli...

 

7 luty 2011

Epilog

W związku z tak ogromnym zainteresowaniem tym tekstem postanowiłam dodać mały swój komentarz. A raczej ripostę, bo pewnych rzeczy nie mogę przemilczeć.

1. Mój komentarz odnoszący się do wizji osoby chorej na raka oczywiście nie przeszedł bez echa. Ale szczególnie chciałabym się zwrócić do Internautki o nicku "Helga", która napisała: "Komentarz do PS II ; Moj maz ma raka pluc i nigdy nie zapalil papierosa.Nie wiesz co to znaczy zyc i walczyc z taka choroba, wiec radze Ci dobrze nie pierd*l glupot nt. choroby typu rak i kreceniu filmikow."

oraz "Zbulwersowanej":  "Jak mozna pisac kto szybciej umze,ten kto tego bloga zakladal to chyba bezduszna kreatura bez serca i glupek:( Nie gadal bys takich glupot jak bys sam nieodczul zlego..." (pisownie obu komentarzy oryginalne).

Odpowiadając na wasze zarzuty. Proszę, nie wysuwajcie wniosków i tym co wiem, czego doświadczyłam i co przeżyłam na podstawie kilkudziesięciu zdań. Gdyby zamiast słowa rak użyła epilepsja, AIDS, martwica wątroby - byłoby lepiej? Ten komentarz nie uderza w osoby dotknięte jakąkolwiek postacią raka. I nie ważne, czy paliły papierosy czy nie. Patrząc na dzisiejsze czasy, które zdominowane są reality shows i innymi podglądaczami śmiem twierdzić, że głupotę trzeba tępić. Starajcie się czytać między wierszami i nie łapać za słówka.

Nota bene: w zeszłym roku zmarła moja babcia, walczyła 7 lat. Mam nieuleczalnie chore dziecko. 5 lat temu ledwo uszłam z życiem z wypadku (co zaowocowało głęboką depresją i PTSD). Był czas, kiedy nie starczało mi na leki dla dziecka... Przepraszam, że nic nie wiem o życiu...

Szanowna "Zbulwersowana" - krytykuj to co napisałam a nie m nie, bo mnie nie znasz. Poza tym, skoro już krytykujesz - przynajmniej zachowaj prawidłowy rodzaj - w moim przypadku żeński. No tak, może ciężko zauważyć, wszak tekst zaczyna się od słów: "Albo to ja jestem jakaś nienormalna, albo ludzi faktycznie fiksują." Masz ochotę osądzić mnie jako osobę? Przeczytaj całego bloga...

2. Jeśli chodzi o wszystkie zarzuty co do moich umiejętności pisarskich i wiedzy z języka polskiego.

"afeuder" popełnił komentarz (lub popełniła): "Czy pani pisząca artykuł może, z łaski swojej, zaznajomić się z podstawami korekty tekstu, ortografii i interpunkcji? Czytać się twgo nie da. Kolejna, pożal sie Boże, dziennikarka:/"

Hmmm... Nie znam zasad korekty - nie jestem korektorką. Nie jestem polonistką. Nie jestem idealna, zdarza się, że popełnię błędy w tekście pisanym. Ale pokusiłam się o test i wysłałam tekst do korekty osobie, która zajmuje się tym fachowo - czyli korektorki ;). Nie zanudzają szczegółami: "Jest kilka powtórzeń, jedno ewidentnie przypadkowe - "Dokładając do tego  do tego sosy, sałatę ", kilka błędów interpunkcyjnych i małe składniowe. Ale na pewno nie mozna zarzucić tekstowi, że jest nieczytelny."

I jeszcze coś: "Czytać się twgo nie da." - "twgo"? No tak, zdarza się najlepszym? Bez przesady, ale skoro ktoś lubi szukać dziury w całym.

"Amanda" poradziła, żebym zakupiła sobie słownik, bo: "NIE AH TE DYLEMATY... TYLKO ACH TE DYLEMATY. Kup sobie słownik ortograficzny".  - Tak potwierdzam - mój błąd...

Do jednego się przyznaję - P.S. (z kropkami) - naleciałość, himeryzm, widzimisię, bo bardziej podoba mi się z kropkami, ponieważ tak pisze się w języku łacińskim, gdzie kropki się stawia. Tak, weszło na stałe do języka polskiego bez kropek (PS). Już podjęłam decyzję o pieszej pielgrzymce do Częstochowy z prośbą o odpuszczenie i podjęłam mocne pozstanowienie poprawy...

Ale "Tom" - dzięki za tę uwagę... Tylko "Po PS nie stawiamy kropek. Czy już nie ma ludzi, piszących bez szkolnych błędów?" - wszystko ok, gdyby ten niepotrzebny przecinek... szkolny błąd? ;)

3. Do wszystkich tych, którzy zostawiają beznadziejne reklamy stron o odchudzaniu lub te, gdzie pewne gryzonie chomikujją różne bzdety - będę kasować, banować IP - sorry...

4. Tak jak będę kasować wulgaryzmy i każdy komentarz, który uznam za stosowny. Wolnoć blogerze na własnym blogu.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (529) | dodaj komentarz

Równo(nie)uprawnienie

poniedziałek, 27 grudnia 2010 15:04

Jednym z ulubionych słów, używanych przez kobiety podczas dyskusji i sporów z przedstawicielami płci przeciwnej, jest równouprawnienie. I chociaż sama jestem z tych, co to podobno z Venus pochodzą, słowo to uważam za przereklamowane.

 

Primo: Definicja równouprawnienia sensu stricto jest często naciągana, rozciągana i rozdmuchiwana. Bo nagle równość i prawo do głosowania zamienia się w wojnę o to, kto ziemniaki obierze i zepsuty kran naprawi. Bo "równouprawnienie oznacza prawną równość różnych podmiotów prawnych w ramach określonego systemu prawnego" a nie prawo do: przeklinania, picia i chodzenia do barów z tańcami egzotycznymi jak faceci... Pomijam fakt taki, iż może są kobiety, które wolą kiedy mężczyzna mówi do nich “stary” i zabiera zamiast na randkę – na piwo i bilard... Kwestia gustu, o którym się nie dyskutuje.

 

Secundo: Nagłaśnianie równouprawnienia przez same kobiety sprowadza się do tego, że nie walczymy o nie tylko staramy się przekonać mężczyzn, że to tak naprawdę tylko im na dobre wyjdzie i właściwie oni sami tego chcą. “No przecież mamy równouprawnienie” - mówimy do zdziwionego Marsjanina i ochoczo zabieramy się do plucia na odległość lub palenia cygara... A czy ktoś się tych biednych żuczków zapytał, czy oni w ogóle tego równouprawnienia chcą? Może wystarczy poprosić o umycie naczyń lub odkurzenie dywanu bez wyjeżdżania z “równością płci”?

 

Tertio: Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, czyli - kobiety na traktory stanowczo NIE, ale faceci do garów jak najbardziej TAK. Kochane Panie - albo wiśta - albo wio!!! No chyba, że wprowadzimy do słownika pojęcia "równouprawnienia wybiórczego", względnie "selektywnego". Wtedy będziemy mogły walczyć o stanowiska Dyrektora, ale nadal będziemy wymagać, aby otwierano przed nami drzwi i płacono w restauracjach...

 

Może ja wykazuję daleko idące zacofanie na polu stosunków damsko-męskich, ale z natury kobieta i mężczyzna nie są równi. Chcemy otaczać się prawdziwymi mężczyznami? Więc może czas pooddawać spodnie i zacząć po prostu "być kobietą, być kobietą..." - par excellence...

 

P.S. Artystom takich muz potrzeba i już...

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Historia jednych Świąt Bożego Narodzenia.

środa, 22 grudnia 2010 18:34

... czyli w poszukiwaniu magii świąt...

 

"Była to mała wioska, jakich pełno wszędzie. Ludzie mieszkali tam różni, a ich domy też różniły się od siebie. Naliczyłam ich czterdzieści pięć, może sześć. Mroźny, piękny, gwiaździsty wieczór wigilijny, a ja chodzę cichutko, niewidoczna, od zagrody do zagrody i zaglądam w okna ludzi świętujących Boże Narodzenie. Biały puch lecący z drzewa i Dziadek Mróz szczypiący leciutko w nos, nastrój idealny. Kolędy same grają w głowie i prawie słychać dzwoneczki sań Mikołaja. Czego chcieć więcej? Bo czy sam nastrój sprawi, że Święta będą idealne, pogodne, wręcz magiczne?

 

Z daleka widzę ten piękny, ogromny dom. Lampek na nim tyle, że pewnie cała fabryka musiała tydzień pracować, żeby je wyprodukować. Świeci się dosłownie każda dachówka a w ogrodzie stoi wielka choinka. Jej blask zapiera dech w piersiach. Pomyślałam, że jeśli serca tych ludzi są choć w połowie tak duże jak ich portfele, muszą być bardzo szczęśliwi. Przez okno widzę śliczny salon, cały w ozdobach świątecznych, w rogu fortepian, obok wcale nie mniejsze drzewko świąteczne. Pełno ludzi, gwar, muzyka. Prezenty, które czekały na tych ludzi wystarczyłyby, żeby zapełnić dwa sklepy. Stół ugina się od jedzenia. Ktoś 12 potraw pomnożył przynajmniej przez 4. Pewnie nie było tam miejsca na kutię lub pierogi z kapustą. Szczęściarze, ale czy wiedzą na czym naprawdę polega magia świąt? Zapukałam do drzwi. Przez kilka minut czekałam, aż się otworzą. Stanęła w nich piękna kobieta, zadbana, modnie uczesana. Już w progu uderzył mnie zapach drogich perfum.

- Tak? - zapytała.

- Dobry wieczór. Przepraszam za najście – uśmiechnęłam się – chyba się zgubiłam, nie wiem gdzie jestem. Jest już ciemno, zimno, a ja od dawna nic nie miałam w ustach. Czy mogą mnie Państwo przygarnąć na Wigilię? W tak wspaniałym domu pewnie znajdzie się pusty talerz i miejsce dla wędrowca.

- A poszła won, żebraków nie potrzebujemy, jeszcze nas okradniesz – wykrzyczała, kończąc zdanie już zza zamkniętych z hukiem drzwi.

Usłyszałam jeszcze jak oburzona relacjonuje gościom całe zdarzenie. Padały słowa “skandal”, “złodziejka”, “bezczelność” i inne... Tak, bogate święta to na pewno nie magiczne święta. Odchodząc zatrzymałam się jeszcze, spoglądając w okno salonu. Zobaczyłam ludzi, którzy mając wszystko nie mają wiele. Nie uśmiechali się, przynajmniej nie szczerze, poklepywali się po plecach, ale były to gesty pobłażliwe. Ukradkiem spoglądali na zegarki, nie mogąc doczekać się chwili, kiedy będzie już wypadało się pożegnać.

 

 

Kolejny dom nie był już taki okazały. Nie raził przepychem i ilością ozdób. Był to dom, w którym chętnie zamieszkałby każdy z nas. Z komina leciał dym, okna przyjaźnie rozświetlone... Dom zdawał się uśmiechać... Podeszłam do okna, skąd wiedziałam, że to salon? Nie pytajcie... W kominku trzaskają polana, ktoś na pianinie gra, ktoś rozmawia, ktoś je... Sielanka dziesięciu osób. Ktoś wchodzi, ktoś wychodzi. Choinka śliczna, nieduża, dla każdego przynajmniej dwa prezenty. W saloni tym spotkały się trzy pokolenia pewnie. Zauważyłam starowinkę siedzącą na fotelu, kilkoro dorosłych w średnim wieku, kilka podlotków, malutkie dziecko. Wnusia? Prawnusia? Kto to wie. A może to tu właśnie jest ta magia, której szukam? I znowu pukam, znowu czekam, tym razem dłużej. I pukam znów, nikt nie otwiera. Kątem oka widzę, że ktoś wygląda zza firanki. Wiedzą, że jestem, że czekam, że stoję. Zapukać trzeci raz? Słyszę rozmowę – i znowu nie pytajcie jak to możliwe:

- Kto tam tak wali do drzwi? - męski głos, donośny, tubalny...

- E tam, jakaś wieśniaczka, pewnie żebrać przyszła, albo okraść nie daj Boże – odpowiedział mu głos damski, piskliwy, odpychający – nawet nie otworzę.

- A może ktoś potrzebuje pomocy? - nie miałam wątpliwości, że to starowinka – może głodna, może zziębnięta?

- Daj matka spokój, jedz lepiej barszcz – ten sam piskliwy głos, bez tonu szacunku do osoby matki – ty to już ze starości całkiem zdziwaczałaś. Kto teraz obcych do domu po nocy wpuszcza. Jeszcze się okaże, że to jakaś morderczyni. Nie ma mowy.

Odchodzę, ale jeszcze spoglądam przez ramię na pokój gdzie odbywa się wieczerza. Starowinka jakby wiedziała, że tam jestem, jakby nasze oczy się spotkały. Jej wzrok przepraszał... “Nie ma za co babciu, przykro mi tylko, że jesteś sama wsród tłumu” - odpowiedziałam jej w myślach. Wiem, że domyśliła się co chciałam powiedzieć.

 

I coraz zimniej, ciemniej, choć księżyc wyjątkowo daje z siebie wszystko, żeby oświecić mi drogę. Jeszcze jeden dom, tylko jeden, bo sensu chyba nie ma... Czy pokolenie internetu zapomniało, że święta to nie tylko odfajkowanie kolędy, podzielenie się na odczepnego opłatkiem i rozpakowanie prezentów? Ostatni raz poszukam magii świąt. Na drodze stanął nagle dom. Może nie nagle, ale zamyślona nie zauważyłam. Skromny, biedny wręcz, ale było w nim coś. Zamiast tysięcy kolorowych lampek – kilka świec w oknach. Zamiast wielkiej choinki – ręcznie zrobione stroiki. Bałwan z marchewką i węglowym uśmiechem. Stary garnek przekrzywił się nieco, ale to tylko dodało mu bałwanowej dostojności. Na śnieżnej szyi miał długi, krzywy, rozciągnięty szalik, jakby dziecko małe uczyło się na drutach – piękny szalik. Stojąc tak nie zauważyłam jak drzwi się otworzyły. Nie zdążyłam podglądnąć, nic o nich nie wiedziałam. Kobieta wyszła na ziąb, okryta zużytą czasem kurciną, w rękach miała wełnianą chustę, którą zarzuciła mi na ramiona.

- Pewnie Pani zmarzła. Zobaczyłam panią z okna, pomyślałam, że może się Pani zgubiła. Nikt to nie spaceruje o tej porze. - jej głos był ciepły, twarz styrana i muśnięta ręką ciężkiego losu.

- Tak, prawdę mówiąc to strasznie zmarzłam. Nie jadłam też już dłuższy czas. Ale... - chciałam coś jeszcze powiedzieć, ale kobieta już objęła mnie ramieniem i zaprowadziła do środka.

Od razu widać było, że nie mają wiele... Ale o to co mają dbają jak o najdroższe klejnoty. Wszędzie czysto, pachnie codziennym sprzątaniem, upieczonym dopiero co chlebem, bo ten w sklepie droższy przecież. Malutka choinka, pod nią 5 malutkich paczuszek... Pięć? Było ich czworo w pokoju. Nakryć też pięć... Kobieta domyśliła się o czym myślę:

- To tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś taki jak Pani przypadkiem się zgubił. Proszę, to dla Pani - powiedziała wręczając mi malutki pakuneczek. - No skoro już tak, to może rozpakujemy prezenty wyjątkowo przed barszczem?

 

Dwójka dzieciaków ucieszyła się, ale grzecznie czekali, aż tatko poda im pakunki. Najpierw prezent otrzymała mama. Była to ręcznie rzeźbiona szkatułka, nad którą jej mąż pracować ostatni miesiąc w ukryciu. Otworzyła ją i oczy błysnęły. Pomyślałam, że klejnoty jakieś, naszyjnik... Ale nie – w środku leżały przewiązane czerwoną wstążką listy, które gromadzili przez lata. Pisali do siebie za każdym razem, codziennie, kiedy tylko zdarzyło się, że coś ich rozłączyło. To chyba łza spłynęła jej po policzku. Wzruszona podała ukochanemu swój prezent. Zrobiony na drutach piękny sweter pasował na niego jak ulał. Widać było, że robiła go z sercem. Nawet nie porzebowała zdejmować miary. Dziewczynka otrzymała śliczną lalkę z całym zapasem różnych ubranek. Rodzice pracowali nad nią wspólnie – postać wyrzeźbił tatko, mama pomalowała ślicznie buźkę, doczepiła włosy i uszyła ubranka. Chłopiec dostał najpiękniejszy wóz strażacki, jaki kiedykolwiek widział. Drewniany, czerwony, dopieszczone detale. Za kierownicą siedział mały strażak. Dzieci były zachwycone. Potem podzieliliśmy się opłatkiem, pan domu zmówił modlitwę, porzeczytał fragment pisma świętego, słuchaliśmy w skupieniu. Na stole nie było 12 potraw, całą ucztę stanowił barszcz z uszkami, pierogi z kapustą, kutia i kompot z suszonych owoców. Ale dla nich to była najpyszniejsza uczta, najcieplejszy wieczór, najcenniejsze momenty...

 

Zapytacie jaki ja dostałam prezent? Hmmm... A może to pozostanie tajemnicą? Przecież i tak znalazłam to, czego szukałam cały wieczór – magię świąt...

 

"Gdy pierwsza gwiazka na niebie zaświeci
Na stole barszczyk z uszkami czeka
Pod drzewkiem w prezentach buszują dzieci
W koło zabawa, w koło uciecha...
Pomyśl, że ktoś tam jest zupełnie sam,
Sam wstaje, sam żyje, sam idzie spać.
I tylko jedno na stole nakrycie ma...
Nie pozwól, pamiętaj, daj znać..."***


 

Wesołych Świąt kochani...

Życzymy wam razem z Princessą

odnalezienia niepowtarzalnej magii świątecznych dni...

 

*** Tekst mojego autorstwa. Powielanie w całości lub fragmentach, wykorzystywanie i publikowanie wyłącznie za zgodą autora. All rights reserved


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Jeszcze, jeszcze

sobota, 18 grudnia 2010 9:17

Zastanawiam się nad powtarzalnością w życiu Princessy. Pojąć i zrozumieć do tej pory nie umiem, ale staram się to jakoś wytłumaczyć. Co dziwniejsze - to nie ona powtarza czynności, ale wywiera nacisk na to, żeby to ludzie w koło niej zrobili praktycznie każdą czynność dwa razy. Jedyne słowo, którym potrafię to opisać to - frustracja (mając na myśli uczucia własne ma się rozumieć). I jak to zwykle bywa - chyba nie jest samym problemem samo to zjawisko, ale świadomość, że nie mam na nie wpływu i są one wynikiem takiej a nie innej "ułomności" Princessowego światka.

Czasami frustracja zamienia się w złość, czasem w agresję, a czasami w szał... To chyba tak, jak z komarami, których nikt nie lubi. Bzyczenie jednego przez chwilkę właściwie obejdzie nas tyle co zeszłoroczny śnieg. Machniemy ręką, odgonimy, nierzadko plasniemy i po komarze. Latem, wieczorem owych bzykaczy jest już więcej... Chcemy sobie spokojnie posiedzieć a zamiast tego co chwilę wykonujemy conajmniej dziwne ruchy rękoma i klniemy, że "żrą i w ogóle"... Są też takie miejsca, gdzie zjawisko to można nazwać prawie plagą (jak u mojego kolegi niedaleko Międzyrzeca) gdzie lepiej siedzieć w domu niż korzystać z uroków przyrody. Atak kilkunastu na raz jest nie do wytrzymania - nie ma szans.

Czynności powtarzalne są jak prawie plaga. Z tym, że na komary są sposoby - offy, kremy, packi, ręce, kadzidełka, świeczki, odganiacze wszelkie. Ostatecznie zamykamy się w pokoju, włączamy Raid na komary - i cześć pieśni. Czasem jakiś tam się wkradnie - cóż... Na autyzm nie ma sprayu, maści, kadzidełek. No i nie zniknie wraz z jesienną porą...

Bardziej obrazowo: fragment dnia - czynności następujące: idę do kuchni, biorę chleb, wyciągam z lodówki pasztet, robię kanapkę, kładę na talerzu, kroję w kostkę, odkładam nóż, wkładam pasztet do lodówki, daję dziecku jeść. Wszystko to trwa jakieś 3 minuty... Niekoniecznie...

Sytuacja jeszcze raz: Idę do kuchni - "jeszcze mama tup tup" - cofam się dwa kroki, robię jeszcze tup tup... Biorę chleb - "jeszcze chleb" - odkładam i biorę jeszcze raz... Wyciągam pasztet z lodówki, zamykam drzwi - "jeszcze drzwi" - otwieram lodówkę jeszcze raz i zamykam... Smaruję chleb, kroję i odkładam nóż - "jeszcze nóż" - biorę nóż i kładę jeszcze raz... Odkładam pasztet do lodówki - "jeszcze drzwi" - otwieram i zamykam lodówkę jeszcze raz.

Tak to wygląda. Nie wspomnę, że po drodze są jeszcze drzwi, które trzeba dwa razy zamknąć, podanie talerza czasem też trzeba powtórzyć, jeśli zmieni pozycję. "Jeszcze woda, jeszcze kaszle, jeszcze światełko, jeszcze rajtuzki, jeszcze bluzka, jeszcze usiądź, jeszcze wstań, jeszcze i jeszcze raz jeszcze raz..." Nie daj Boże coś po drodze spadnie, przesunie się - dodatkowo trzeba te przedmioty "jeszcze raz bach" i jeszcze raz przesunąć... A jak nie - wersji jest kilka: gryzienie rąk, histeria, krzyk, albo monotonne powtarzanie "jeszcze, jeszcze, jeszcze, jeszcze" do skutku...

Zapytałam Eli co ona na to (a Ela jak pamiętacie to mój guru po ścieżkach życia z autyzmem)... "Spokojnie, to, przynajmniej mi się tak wydaje, dobry objaw. Sonia "zachowuje" w głowie dany obraz, a to oznacza, że obserwuje swoje otoczenie. Wiem, doprowadza to do furii, mnie też doprowadzało, ale świadczy to raczej o tym, że bardzo chce się uczyć wszystkiego, co zaobserwuje". I tak sobie pomyślałam, - czy to jest tak, że to, że ona każe tak sobie tę czynność powtarzać oznacza - "hej, zauważyłam, że położyłaś ten nóż"? "Mało tego ZAUWAŻYŁAM. Może dawać w ten sposób znać, że poprzednim razem leżał w innej pozycji" - Ela na to. Zastanawiałyśmy się jeszcze, czy ignorować, czy powtarzać, tak, jak sobie tego życzy... "Nie możesz tego ignorować, bo to jest jej sposób poznawania. Prosty przykład: gdy w szkole uczyłaś się np. wiersza... też musiałaś go czytać kilkakrotnie... Tak samo uczy się Sonia, tyle że nie wiersza, a życia... Ona potrzebuje więcej powtórzeń, żeby zachować obraz w pamięci, niż ty czytania zwrotek wiersza. Paweł przez rok nie dawał zakręcić spłuczki w toalecie. Co zakręcaliśmy to szedł i odkręcał, za wyjątkiem kiedy udawało się go wyciągnąć na dwór. Doprowadził nas tym do takiego stanu, że rozmontowaliśmy spłuczkę i przez kolejnych 5 lat spłukiwaliśmy toaletę prysznicem od wanny..."

I tak to właśnie z naszymi Autikami jest...

 

P.S. Lato pilnie poszukiwane... Wzięło się i zabrało w siną dal... Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie - złapać, skuć, obezwładnić i przyprowadzić... albo doprowadzić jak kto woli...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 24 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  1 760 566  

Lubię to

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Galerie

O moim bloogu

1 na 150 dzieci rodzi sie z objawami autyzmu, autyzmem, ASD. I moje jest tym wybranym... Autystyczna mama - brzmi dumnie? Dlaczego nie... Zwłaszcza jeśli walczy z chorobą :)

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 1760566
Wpisy
  • liczba: 355
  • komentarze: 3241
Bloog istnieje od: 2861 dni

Autyzm newsletter